Maryański Marcin

Marcin Maryański (1899 – 1973)

Urodził się w dniu 13.11.1899 r. w Chudzicach powiat Środa Wlkp. jako syn Stanisława i Wiktorii z domu Pilz. Nazwę Chudzice, leżące na północ od Szlachcina, jako gminę przekształcono w Hedingen a obszarowi dworskiemu nadano nazwę Kahlhorst.

W czasie I wojny światowej służył w armii pruskiej na froncie francuskim, jako artylerzysta.

Na wezwanie ppłk Kazimierza Grudzielskiego z Wrześni, ogłoszonego przez księży na ambonach w kościołach powiatu wstępowano przez Wrześnię (zbiórka na dworcu pod dowództwem ppor. rez. artylerii Edwarda Brzeskiego) lub bezpośrednio do Poznania do artylerii. Grupa artylerzystów z Miłosławia stworzyła pododdział pod kierownictwem Antoniego Przysiudy z Bugaju i wyjechała do Poznania, do koszar artylerii na Solnej.

Do walki przystąpił pod Szubinem, Rynarzewem i Szamocinem. Największe boje stoczył pod Rynarzewem i Bydgoszczą. Zdemobilizowany w stopniu szeregowca.

Z zawodu był rolnikiem. Ożeniony z Marią (1914-1945).

Mianowany na stopień podporucznika przez Radę Państwa w dniu 24.02.1972 r.

W 1939 r. należał do Koła Miłosław Związku Powstańców Wlkp.

Zmarł w dniu 15 czerwca 1973 r. w Pałczynie i został pochowany na cmentarzu w Winnej Górze, a następnie zwłoki ekshumowano przenosząc na cmentarz komunalny we Wrześni.

Odznaczony Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym, uchwała Rady Państwa nr 08.01-0.716 z dnia 1.08.1958 r.


Życiorys własny

Ja Maryański Marcin ur. 13 listopada 1899 r. Chudzice pow. Środa, syn robotnika rolnego Stanisława i Wiktorii z domu Pilz, zamieszkały we wsi Pałczyn gm. Miłosław powiat Września.

W roku 1917 wciągnięty do Armii Niemieckiej artylerii walczyłem na froncie we Francji pod Soissons, Reims, Verdun, północ od Argonne.

Po skończonej I wojnie światowej i powrocie do Rzeszy [wycofanie z frontu wszystkich pułków i powrót do macierzystych jednostek] zdezerterowałem i przystąpiłem do Powstania Wielkopolskiego w dniu 6 stycznia 1919 r.

(udostępnił Remigiusz Maćkowiak)

Wyjechałem z Miłosławia z kilkunastoma kolegami do Poznania na ul. Solną, aby tu tworzyć I baterię artylerii. 8 stycznia wyjechaliśmy na front w kierunku Gniezna i Kcyni a 11 stycznia walczyliśmy już o zdobycie Szubina i dalej Rynarzewa. Dowodził nami Kazimierz Nieżychowski. Szubin został zdobyty.

Po skończonym powstaniu i wojnie pracowałem jako robotnik rolny w Pałczynie. W 1939 roku zostałem powołany do Armii Polskiej, a z powodu braku mundurów byłem nie umundurowany. Dostałem się do niewoli niemieckiej i przebywałem w obozie jenieckim w Biedrusku. W dniu 12 grudnia 1939 r. zostałem po zwolnieniu z obozu wysiedlony z cała rodziną z Pałczyna jako jedyny gospodarz do Generalnej Guberni.

(udostępnił Remigiusz Maćkowiak)

Po skończonej wojnie i powrocie z przesiedlenia w 1945 r. zostałem wybrany sołtysem i prezesem Spółdzielni Samopomocy Chłopskiej. Tak jak wtedy biorę udział działaniach dla społeczeństwa. Udzielam się w komisjach w tym wyborczych, jestem Opiekunem Społecznym od 1948 r.

Za ofiarną pracę społeczną przyznano mi wyróżnienia:

  • dyplom Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej
  • dyplom uznania za udział w przeprowadzeniu spisu powszechnego w 1960 r.
  • dyplom uznania za ofiarną pracę w kampanii wyborczej do sejmu i rad narodowych w 1969 r.
  • dyplom uznania z okazji 50 Rocznicy Powstania Wlkp. 1918/19.

Zostałem także odznaczony:

  • Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 1963 r.,
  • Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym, uchwała Rady Państwa nr 08.01-0.716 z dnia 1.08.1958 r.
  • Srebrnym Krzyżem Zasługi w 1956 r.,
  • Odznaką Tysiąclecia Państwa Polskiego w 1966 r.

Jestem aktywnym członkiem ZBoWiD-u od 1957 r. i należę do Komisji Rewizyjnej przy Kole Miłosław tego Związku.

Przebieg mój w Powstaniu Wielkopolskim 1918-19

Jestem byłym żołnierzem Armii Niemieckiej z roku 1917-1918, odznaczony niemieckim Krzyżem Żelaznym III klasy, świadomy swych celów, do czego podążałem, zbiegiem z Armii Niemieckiej. Do ostatniego dnia I wojny światowej na froncie we Francji.

Hasło w Armii Niemieckiej (Licht aus, Messer raus) podziałało bardzo na nas Polaków, jako w dyscyplinie wychowanych żołnierzy. Także zbiegli żołnierze niemieccy.

Kiedy wracaliśmy z frontu, cel był nam znany, kto czytał już w Niemczech gazety niemieckie i co się robiło w samym Reichu. Przybyłem do Halle an der Saale, stąd mieliśmy udać się do macierzystego pułku do Poczdamu koło Berlina.

Tam właśnie rozgrywały się walki pomiędzy wojskami wiernymi jeszcze Wilhelmowi a Spartakusowcami niemieckimi z grupy Liebknechta i Róży Luxemburg. Tym większe kierunki nadał mi pewien niemiecki wicewachmeister, kiedy poznał moje nazwisko, że to jest polnische bolschewismus i jemu trzeba zbadać jego tornister, czy nie ma amunicji względnie ręcznych granatów. Tym bardziej skierowałem się w swe strony rodzinne do Miłosławia i Winnej Góry. Zostawiłem raz na zawsze Armię Niemiecką. Było to w dniu 25 grudnia 1918 r.

My, byli żołnierze, śledziliśmy rozruchy. Byliśmy znękani i umęczeni na froncie we Francji i potem cały rückmarsch [marsz powrotny] przez 5 tygodni. Jednak nie zawahaliśmy się, kiedy w nocy ktoś zawołał w dniu 8 stycznia 1919 r., żeby kto czuje się Polakiem, wstąpił w szeregi Wojska Polskiego.

I tak postąpiliśmy w tej nocy. Zawołanie było, żeby artylerzyści się stawili, i tak na to zawołanie poszło z Winnej Góry sześciu kanonierów. Byli to:
Marcin Maryański, Antoni Maciejewski, Jan Durczak, Szczepan Piasecki, Tomasz Jóźwiak, Romanowski (nie był żołnierzem).

Wszyscy podążyliśmy do Miłosławia, do biura werbunkowego (dzisiejszy budynek Monarszyńskich) ubikacje [pomieszczenia] od ogrodu. Tam spotkaliśmy przychodzących innych kolegów, jak i kilku mi nie znanych, a mianowicie: Antoni Przysiuda z Bugaju, Jan Kowalski z Franulki, Paprocki z Wszemborza czyli Bielaw, Stefan Monarszyński z Miłosławia, Sylwester Domicz, Jan Jóźwiak z Miłosławia i kilku innych mi bliżej nieznanych, w liczbie około 30 osób.

Jeszcze ciemnym rychłym rankiem podążyliśmy na dworzec miłosławski, żeby pierwszym pociągiem udać się do Poznania. Tam poszliśmy do koszar przy ulicy Solnej. Koszary opuszczone były na łasce losu. Myśmy byli panami koszar, nie było posterunków. Nadeszło więcej chłopaków. Pootwieraliśmy niektóre jeszcze zamknięte magazyny i uzupełniliśmy sobie umundurowanie. Naszym celem, jak było mówione, to mieliśmy z armatami iść na pomoc Ławicy. Tymczasem Ławica już była w polskich rękach.

W koszarach zastaliśmy 4 armaty, dwie tak zwane Feldkanone 16 [7,5 cm Feldkanone 16 neue Art] i dwie Feldhaubice 16 [schwere Feldhaubitze] oraz kilkanaście koni, zresztą bardzo mizernych. Z tego utworzyliśmy jeszcze tego samego dnia dwie baterie, mimo niekompletnego sprzętu co się armatom należy, bo nie było telefonu, lunety nożycowej, itd. Jedną baterię wziął pod dowództwo Kazimierz Nieżychowski, a drugą Wacław Metler, mieszkaniec Poznania, który później zginął pod Łabiszynem. Po uzupełnieniu obsługi dział, co było bardzo trudne oraz zaprzęgów konnych, około piętnastej po południu wyjechaliśmy z całą karawaną ulicą Solną, Alejami Marcinkowskiego, Placem Wolności, Berlińską na dworzec, aby udokumentować Poznaniowi, że już jest artyleria powstańcza. Na ulicach w tym czasie tylko nieliczna ludność, przeważnie niewiasty, Mężczyźni albo w szeregach, albo już mieli dosyć wojaczki i pochowali się w domach, aby ich nie wciągać do szeregów (stąd i dziś jeszcze się nam zarzuca, że tamci nie byli a wy byliście). Były jednostki bardziej radykalne i nie odstąpili, dopóki nie oswobodzono Poznańskiego.

Zajechaliśmy na Dworzec Główny dzisiaj na ulicę Zachodnią i na tej tam będącej małej rampie załadowaliśmy się na wagony. Celem było udzielenie pomocy i oswobodzenie Zdziechowej.

Do późnych godzin nocnych oczekiwaliśmy lokomotywy. Około godziny 2 w nocy pod naciskiem naszych żołnierzy dostaliśmy parowóz, do którego wsiadło dwóch żołnierzy znających się na jeździe koleją. Tak przyjechaliśmy do Gniezna. Tu wyładowaliśmy się i po pewnym oczekiwaniu pojechaliśmy do koszar na ulicę Wrzesińską. Stąd wieczorem znów udaliśmy się na dworzec, na załadunek do pociągu i wyjazd w kierunku Kcyni. W Gnieźnie nieznane kobiety przynosiły nam papierosów co nie lada i znikały niepoznane.

W powietrzu panował lekki przymrozek i trochę prószył śnieg i było niewielkie zamglenie. Na dworcu zatrzymałem przy armatach szpiega niemieckiego. Miał być doraźnie rozstrzelany, taki dostałem rozkaz, ale doszło więcej żołnierzy, wobec czego odprowadzono go do koszar piechoty.
Do Kcyni przybyliśmy wczesnym rankiem, wyładowaliśmy się i przy poczekalni dworcowej czekaliśmy na wymarsz w pozycję w kierunku Szubina. Był to dzień 10.01.1919 r.

Bateria posuwała się drogami polnymi, dla obrony jako zabezpieczenie mieliśmy ochronę po pięciu żołnierzy piechoty z każdej strony drogi. Tak posuwaliśmy się w stronę Szubina.

Przed wioskami oczekiwaliśmy zwykle na jakiś alarm, czy to przez bicie w dzwony (o ile taki tam był) czy też nawet w łopaty. Był to sygnał, że wieś jest wolna od Niemców. Wszyscy kanonierzy byli uzbrojeni w ręczne karabiny i mieli kieszenie zapełnione nabojami. Mieliśmy też lekki karabin maszynowy. Dotarliśmy do Pińska, wioski pod Szubinem. Tu uzupełniliśmy sobie konie pobrane z majątku a gorsze pozostawiliśmy. Dalej pojechaliśmy zająć pozycję. Dzień był mglisty, na drodze roztopy. Tu doszliśmy do ataku na Szubin wieczorem 11.01.1919 r. [faktycznie była to wczesna godzina popołudniowa, ale już zmierzchało]. Baterie swoje zadanie spełniły. Ogień artylerii powstańczej sparaliżował Niemców w Szubinie. Trafiony ostrzał kilkakrotnie otrzymała Szubińska Wieś (przedmieście Szubina). Przy moim dziale obsługa była następująca: celowniczym był Paprocki, odciągającym Maryański, amunicyjny Durczak i dwóch młodych chłopaków, którzy jak oświadczyli wówczas nie byli żołnierzami.

Szubin został zdobyty z 11 na 12 stycznia 1919 r. [faktycznie wieczorem 11 stycznia Szubin był wolny]. Następnego dnia [12 stycznia] była niedziela, kiedy wjechaliśmy w godzinach rannych do Szubina, witani przez miejscową ludność na rynku. Na rynku zjedliśmy też obiad. Ilość zabitych Niemców była spora, trafionych na przyplatkach (?) i dworcu kolejowym. Nie było naszym celem ich policzenie, tym bardziej że jedni twierdzili
że tyle, a drudzy inaczej. Naszym celem było podążać za nieprzyjacielem. Straty naszych, Polaków, opowiadano, że wyniosły 20 zabitych i rannych. Po oswobodzeniu Szubina wzięliśmy kierunek marszruty na Margonin pod Szamocinem. Bateria nasza usadowiła się za małym jeziorkiem, które tam jest w lasku. Tam zaatakowaliśmy z armat pociąg przybyły z wojskiem niemieckim do Szamocina. Tu mieliśmy pecha. Cel był dobry
i trafny trzeci strzał w budynek stacyjny. Niemcy rozsypani w tyralierę karabinami maszynowymi ostrzelali naszą baterię, gdzie przez dłuższy czas pokładliśmy się na ziemię, udając, że nas wszystkich wystrzelali.
Wielki błąd, że nie mieliśmy lunety nożycowej i nie mogliśmy dobrze zbadać terenu.

Posługiwaliśmy się lornetką, którą miał Nieżychowski. Przyznać muszę, że wówczas bateria została osamotniona i nie było przy nas żadnego innego wojska. Niemcy z lewej strony tyralierkami podchodzili pod nas i paraliżowali ogniem karabinów (taki widok był przez lornetkę Nieżychowskiego). Sam dowódca, kiedy wziąłem od niego lornetkę
widząc ten nawał i mu mówię, że otworzymy ogień na nich zwątpił, nie widząc żadnego wsparcia wojsk przy nas. Tylko używając karabinu maszynowego powstrzymywaliśmy natarcie Grenzschutz’u do czasu odciągnięcia armat na pozycję w bezpieczne miejsce.

Mówił do mnie druhu, tak my się zwali w imię jednej sprawy, walczymy ale nie wiemy kto nas prowadzi. Wówczas był u nas jeden ranny, kula karabinowa przeszła mu przez pierś. Kolonista Niemiec musiał go odnieść na tyły, dostał od nas mordowe [wyrok śmierci], ponieważ z ich domów miały paść strzały na nas. Wycofaliśmy się w stronę wioski Lipiny i tu ledwo że trochę zasnęliśmy w oborach, zostaliśmy przez posterunki nasze zbudzeni, że Niemcy nas chcą okrążyć. Podążyliśmy czym prędzej do dział i zaprzęgu wycofując się ze wsi na drogę, powiadomieni przez ludność (konkretnie miejscowego stróża).

Potem zajęliśmy pozycję pod Rynarzewem i Złotnikami Kujawskimi. Pamiętam, że był lekki przymrozek, powietrze mgliste i trochę prószył śnieg. Przyznać muszę, że po bitwie szubińskiej pewien kolejarz w miejscu gdzie leżało dwóch zabitych grencszuców [Grenzschutz – siły niemieckie] powiedział do mnie i kolegi Jana Durczaka: „czy to potrzebne?”.

Myśmy go zaraz uświadomili, wobec czego czym prędzej ulotnił się. Tak walczyli o wolność i niepodległość kanonierzy spod Miłosławia w Powstaniu Wlkp. 1918-1919.

Pałczyn, dnia 4 sierpnia 1958 r.

Maryański.

życiorys – Marcin Maryański