Relacja z dnia 28.12.1968 r. spisana przez Jana Maciejewskiego, studenta I roku Historii Studium Nauczycielskiego w Poznaniu, ze wspomnień Marii Kosmali z domu Nowaczyk, zamieszkałej we Wrześni
Feliks Kosmala, mąż Marii, zmarł w 1961 r. Relację spisałem z żoną zmarłego, która była wtajemniczona w poczynania męża i brała udział w jego dalszych działaniach w okresie II wojny światowej.
Feliks Kosmala uczestnik strajku szkolnego w 1905 r. we Wrześni, uczestnik Powstania Wlkp. 1918 r., żołnierz 2. Kompanii Batalionu Wrzesińskiego pod dowództwem ppłk. Alojzego Nowaka, w okresie międzywojennym prezes Koła Związku Weteranów Powstań Narodowych we Wrześni.
Feliks Kosmala był znany mieszkańcom miasta Wrześni i powiatu ze swego poświęcenia dla dobra Ojczyzny. W okresie poprzedzającym II wojnę światową miasto nasze roiło się od Niemców i ludzi sprzyjających Niemcom, którzy w chwili wybuchu ujawnili się jako volksdeutsche. Mąż mój znany był z zaangażowania w sprawy polityczne i wiadomo było, że uczestniczył w Powstaniu Wlkp. W chili wkroczenia Niemców raczej pewne było, że będzie podejrzany o niesprzyjanie im. Gdy mąż usłyszał o wybuchu wojny 1 września 1939 r., powiedział mi tylko o tym, że papiery koła nie mogą dostać się w ręce „szkopów”, bo straci życie 200 ludzi. Wyszedł z domu i po chyba 2 godzinach przyniósł w worku pierwszą część papierów, a później sztandar i pozostałe papiery. Zapowiedział, że wieczorem przyjdą jego koledzy, to jest Smoczyński i Antkowiak, i razem zajmą się tymi papierami. Papiery te opisują dokładnie wydarzenia z tego dnia. Ukryli oni te papiery w skrzyni w której miała bieliznę, i wynieśli do ogródka przy ul. Kościuszki (obecnie 4) i tam zakopali. Tak jak się spodziewał mąż, gdy Niemcy wkroczyli do miasta, został posądzony o przynależność do organizacji przeciwniemieckiej. Niemcy weszli do miasta w nocy i już na drugi dzień węszyli po domach.
Relacja bezpośrednia:
„Ten drugi dom, który stał obok nas, zamieszkiwał burmistrz Rauhut, który jakkolwiek pochodził z Niemiec, dość dobrze był nastawiony dla Polaków. Tam, gdzie teraz jest PZGS, mieścił się po wejściu Niemców sztab Wehrmachtu. Niemcy dowiedzieli się o męża poglądach i jego zaangażowaniu i zaczęli go nachodzić i pęszyć. Donieśli o tym volksdeutsche wrzesińscy. Wpadli do nas któregoś wieczoru, było to chyba 10 lub 11 września, i rozpoczęli rewizję, męża zaczęli bić po twarzy i wyzywać od czerwonego.
Pomimo że był chory i leżał, wyrzucili go z łóżka i rozpoczęli rewizję. Przewrócili wszystko do góry nogami, nawet w piec zaglądali pod podłogę. Znaleźli wtedy na strychu mundur i szablę, którą mąż dostał w prezencie w Powstaniu Wlkp. Męża pobitego i chorego z dużą gorączką zabrali do posterunku i tam znów go bili. To gdy prowadzili go jak bandytę między bagnetami, ja biegłam za nimi z tyłu i głośno płakałam. Nie chcieli mnie wpuścić do niego wtedy. Przyszłam do domu, nie wiedziałam, co z nim jest, a tu bałagan, że nie ma gdzie nogi postawić. Więc do rana było już niedaleko, siedziałam i płakałam. Rano poszłam do burmistrza i opowiedziałam, co mnie spotkało. Uspokoił mnie i powiada, że to jest tylko nieporozumienie, że on to załatwi i jutro Feliks będzie w domu. Więc ja znowu poszłam pod Wehrmacht i tam ludzie powiedzieli mi, że męża strasznie pobitego i okrwawionego prowadzili niedawno do magistratu. To ja znowu tam poszłam i czekałam, aż go wyprowadzą. Nie wypuścili go wtedy, więc wieczorem ja znowu czekałam pod magistratem na niego. Dopiero na drugi dzień puścili go do domu. Jak on wyglądał, jakby go z krzyża zdjęli, nic nie mówił, tylko: „Maryniu – żyję, żyję” i tak jak stał, w poszarpanej odzieży rzucił się na łóżko i zaczął płakać. Potem usnął i spał tak przez cały dzień i noc. Już myślałam, że umarł, potem zaczął majaczyć, był gorący jak z ognia wyjęty, gorączkę miał bardzo wysoką. Obmyłam go i posłałam po lekarza, przedtem dałam mu pić ziółek z lipy, rumianku, mięty, zmywałam mu krew z twarzy, cały czas płakałam, bo myślałam, że umrze mi w nocy i zostawi mnie samą przeciw Niemcom. Na drugi dzień przyszło dwóch policjantów i chcieli go zabrać na posterunek, błagałam ich, a on leżał jak martwy i nie mógł mówić, tylko patrzył na nich oczami szeroko otwartymi i ręce zaciskał miętosząc w nich pierzynę. Nie zabrali go w ten dzień, ale za to na drugi już wzięli. Nie pomogły płacze i żale. Potem już regularnie brali go co kilka dni aż do wysiedlenia. Mąż ciężko zapadł na zdrowiu i już go nigdy nie odzyskał. Dopiero później powiedział mi co z nim robili na posterunku, i że był na niego wyrok śmierci, ale tylko dzięki wstawieniu się za nim burmistrza i innych z Rady Miejskiej został ułaskawiony.
W dniu 30 listopada 1939 r. przybył patrol i zapowiedział, że za pół godziny z osobistym bagażem gotowi mamy być do drogi. Cóż miałam zabrać, Feliks chory, a ja sama niewiele mogłam wziąć. Włożyłam więc do walizki niezbędne rzeczy pieniądze srebrne dosyć dużo, a resztę zakopałam przy rogu naszego domu w dwóch skrzynkach. Byliśmy gotowi do drogi, do drogi na okres 4 lat tułaczki. Nasz cały dobytek poszedł w ręce Niemców. Dom nasz zajęła prawie w tej samej chwili Niemka, żona jednego z oficerów. Zabraliśmy ze sobą tylko to, co mieliśmy na sobie i w walizce oraz w podręcznej torbie. Do Gutowa szliśmy pieszo, prowadziłam męża i niosłam walizkę, na stacji kazali nam wejść w wagony bez okien, te bydlęce, i tam nas poubijali, jak tylko mogli. Jeden stał przy drugim. Pociąg ruszył i jechaliśmy w nieznane: obóz czy do Niemiec. Częste postoje wykończały nas, mąż osłabł zupełnie, rany się otwarły, leżał nieprzytomny. Na postojach brałam tylko wodę, nic nie mógł jeść. Pomocy udzielił nam obecny nauczyciel jednej z wrzesińskich szkół. Wiózł ze sobą małą pierzynę i na niej właśnie leżał Feliks, a on pomagał mi opiekować się nim.
Na jednej ze stacji zobaczyliśmy straszny widok, stał obok nas pociąg też z więźniami kobietami, wyły w wagonie, jeden z oficerów naszej eskorty podszedł i zażądał otwarcia drzwi. W chwili otwierania z 50 kobiet wyskoczyło twarzą na ziemię i zaczęły chciwie pić wodę z kałuży.
Przeżyłam wraz z mężem szczęśliwie wojnę, a po wyzwoleniu wróciliśmy do rodzinnego miasta razem. Nie wszystkich znajomych i bliskich zastaliśmy tutaj, wielu zginęło. Nam los pozwolił przetrwać do końca i dał nam Bóg żyć w nowej Polsce. Dom nasz zastaliśmy w dosyć opłakanym stanie. Ale cóż, ważne, żeśmy przeżyli kolejną wojnę, która oby się więcej nie powtórzyła. Chciałabym i ja umrzeć w spokojnych czasach, tak jak i mój mąż Feliks.”
u003cstrongu003eRelacja z dnia 28.12.1968 r. spisana przez Jana Maciejewskiego, studenta I roku Historii Studium Nauczycielskiego w Poznaniu, ze wspomnień Marii Kosmali z domu Nowaczyk, zamieszkałej we Wrześniu003c/strongu003e